sobota, 1 września 2012

1~And all I've done for want of wit, to memory now I can't recall

*Charlotte*
Dopinając już do końca ostatnią z starą powycieraną walizkę,zastanawiałam się czy na pewno tego chce. 
Gdy pomyśle chociaż przez moment o tych wszystkich zostawionych tu śladach o tych chwilach

spędzonych w tym domu nie potrafię odpowiedzieć czy byłam tu szczęśliwa.
Nigdy mi niby niczego nie brakowało. Rodzina, pieniądze,przyjaciele którzy zawszę 
stawali po mojej stronie to chyba wszystko czego można chcieć. Ale jednak w
tym wszystkim nie było niczego dobrego i idealnego, przy najmniej nie dla mnie ja tego nie dostrzegałam. Rodzina.. moja składała się jeszcze do wzeszłego miesiąca z
Ojca,  Matki i mnie, a dzisiaj bez tej najważniejszej kobiety w całym moim życiu.Kobiety której zawdzięczam
swoje życie,która nosiła mnie przez 9 miesięcy w sobie oraz przez 17 lat dbając,kochając po prostu dając od siebie wszystko co może, na co ją było najzwyczajniej w świecie stać. Pieniądze.. nigdy nie czułam by były mi specjalnie potrzebne dla mnie to było wszystko 
jedno czy były czy nie,one nigdy nie przykuwały mojej uwagi sama na siebie potrafię zarobić i to co dostane wystarczy. Przyjaciele.. byli gdy tylko chcieli.Gdy uznali za słuszne lub jak czegoś potrzebowali.
Nigdy nie potrzebowałam tak na prawdę przyjaciół. Moją przyjaciółką była moja  Matka. Ona jedyna mnie rozumiała, przynajmniej starała się.
Mogłam jej powiedzieć o wszystkim i zawszę. Może nie cały czas stawała po mojej stronie ale umiała mi doradzić kiedy tego bardzo potrzebowałam. Z Ojcem rozmowy na te wszystkie tematy na które rozmawiałam z nią zawszę kończyły się krzykami i trzaskaniem drzwiami. Nie rozumiał nawet nie chciał zrozumieć nie próbował.Ale nie miałam mu tego za złe. To przecież w gruncie rzeczy mój Ojciec niczemu nie jest winien. Każdy człowiek wszystko inaczej rozumie.
Charlotte? - zapomniałam o wszystkim o czym dotychczas myślałam i przeniosłam wzrok na Ojca który stał 

w progu i wpatrywał się we mnie  badawczo. 
-Słucham? - wydukałam. 
- Idziesz? Za 15 minut jedziemy na lotnisko. Czas zabrać rzeczy do auta. - powiedział stanowczo i pociągnął moją walizkę za sobą z łóżka. 
-Jasne- powiedziałam wzdychając i powoli ruszyłam za nim. 
Stanęłam jeszcze na chwile w progu i ostatni raz na zawszę rozejrzałam się po swoim pokoju. Stare poobdrapywane drewniane meble, wyblakłe plakaty na ścianach,wstrętny dobrze znany mi zapach rumu którym prześmierdł już dość dawno mój różowy dywan. Na pewno nie jest to dla nikogo wymarzony pokój ale będzie mi go mimo wszystko brakować.
-
Charlotte! - usłyszałam zdenerwowany krzyk ojca spod domu i rzuciłam się biegiem do drzwi. Wybiegłam przed dom i oddałam klucze wysokiej o blond włosach  kobiecie która ma zająć nasz dom .Mimo że zrobiłam to z uśmiechem na ustach i szybko wcale nie byłam pewna czy chce się stąd wyprowadzać.Byłam w połowie Brytyjką w połowie Polką.Ale zawszę czułam się w pełni że jestem tylko Polką. Mieszkałam w Poznaniu od urodzenia. A teraz po 17 latach mam się przeprowadzić do Londynu.Miasta do którego zawszę lgnie mnóstwo turystów jak by się czymś wyróżniało. Ludzie mówią że ma ciekawe historie, zabytki a sama panorama tego miasta zachwyca. Przecież każde miasto ma to wszystko i ludzie się nimi tak nie zachwycają. 
Całą drogę na lotnisko spędziliśmy w milczeniu. Tata nie należał do rozmownych. Nie lubił mówić zbędnych słów.A po śmierci mamy jeszcze więcej milczy. Nie wiem co można zrobić,wszyscy mówią wokół że to musi samo przejść... 
Nadjechaliśmy starym fiatem pod lotnisko. Wystawiliśmy pomału ciężkie już trochę nadużyte walizki z auta 
i oddając kluczyki jakiemuś facetowi z wypożyczalni zaczęliśmy się kierować już tylko na odprawę. Sprawdzanie paszportów i bagażów ciągnęło się jak by w  nieskończoność ale jednak w końcu dotarliśmy spokojnie do samolotu nadając tylko jeszcze po drodze bagaż na samolot. Z ulgą usiadłam na swoim fotelu który swoją drogą nie okazał się taki wygodny jak myślałam.Miałam tylko nadzieje że usiedzę w nim jakimś cudem cały lot.Dobrze że za  4 godziny będę już w Londynie. Ostatni raz byłam tam gdy miałam może z 7 lat. Pamiętam z tamtych czasów nie wiele coś jak by przez mgłę, najbardziej wbiła mi się w pamięć siostra mojego Taty. Którą wtedy poznałam. Nic praktycznie nie wiem o niej i o tym jak żyje. Mamy zamieszkać w domu obok który wystawił ktoś na sprzedaż.  Rodzina która go sprzedała została podobno deportowana do Niemiec.W szkole mówili nam że człowiek może zostać deportowany z kraju tylko za jakieś przestępstwo które może wpłynąć na nie korzyść miasta.  Zaczęłam się zastanawiać po co ludzie mają robić takie rzeczy. Po co robić komuś na złość czy to komukolwiek z nas coś da?Nie miałam siły już dłużej trawić się i głowić nad ludzką głupotą, wcisnęłam słuchawki w uszy z których leciały moje ulubione piosenki Korn i odpłynęłam. 
*4 godziny później **
Obudziłam się z zesztywniałem i obolałym karkiem. Fotele w tym samolocie do najlepszych nie należały posiedzieć w nich dwie godziny to pestka,ale usnąć i spać w tak nie fortunniej pozycji to potem katorga i męczarnia której nie poprawią żadne nawet  leki przeciwbólowe. 
Wychodząc z Ojcem z samolotu zaczęliśmy się kierować bez namysłu po nasze bagaże.
- Jak ja nienawidzę tych kolejek na lotnisku - zaczął narzekać pod nosem, a ja niestety byłam skazana by tego słuchać.. 
- Tato proszę cię daj spokój, jestem pewna że nikt na tym lotnisku nie ma przeciwnego zdania na ten temat I nikomu nie zależy na tym by stać tu i robić ci specjalnie kolejkę.  - powiedziałam by go uspokoić chociaż i tak znając go   to nic nie da bo nie zwrócił najmniejszej uwagi na to co do niego mówię. Tatuś.. kochający... i nie słuchający. Po jakiś czterdziestu pięciu minutach staliśmy już z naszymi bagażami przed lotniskiem próbując złapać jakąś taksówkę. Na próżno. Musieliśmy przejść spory kawałek na postój taksówek. Na szczęście gdy doszliśmy stało tam kilka. Podeszliśmy do najbliższej charakterystyczniej czarnej Landyjskiej taksówki i zapakowaliśmy walizki do bagażnika. Po kwadransie już przebijaliśmy się w stronę centrum. Mimo że Londyn nie uchodzi ze Miasto tłoczne to tylko pozory a pozory zawszę mylą. Sam dojazd do centrum zajął nam półtorej godziny bez żadnych korków, wszystko przez to  że jest aż taka duża liczba ruchu. Wreszcie dojechaliśmy pod nasz nowy dom. Okolica wydawała się być przyjazna. Pełno latarni, zieleni, kolorowe domy. Nasz dom niby się niczym nie wyróżniał ale jednak coś przykuło moją uwagę w nim. Nie wiem czy to były te grafitowe schody czy może duże okna. Zaczęliśmy wnosić z Ojcem walizki do środka, nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę swój pokój więc od razu gdy zaniosłam ostatnią swoją walizkę do domu zaczęłam biegać po górnym piętrze, znalazłam na razie biuro taty w którym było dębowe biurko z komputerem i szafy, oraz przejście do sypialni za przesuwanymi drzwiami. Po przeciwnej stronie korytarza było duże dwu  drzwiowe wejście do kolejnego pokoju. Ostrożnie i pomału pociągnęłam je w  swoją stronę i ujrzałam coś cudownego. Za drzwiami był mój pokój. Ściany pomalowane na beżowo biało raz to na przemian z pomalowanymi wzorami kwiatów bliżej podłogi na której leżał w tym samym kolorze puchaty dywan.Pod jedną z ścian zaraz obok jakiś białych drzwi stało duże drewniane ciemno brązowe biurko z różnymi książkami i laptopem który wysłałam tydzień przed przyjazdem. Z drugiej strony pokoju pod ścianą stało wielkie łóżko z beżową pościelą w brązowo białe paski i z ciemno brązową framugą w kolorze biurka oraz komody stojącej przy wejściu do pokoju. Miałam tu nawet swój mini balkon. Odsłoniłam delikatnie długie białe firanki i wyszłam boso na chłodną posadzkę. Do daszku balkonu był przewiązany długi gruby sznur a na jego drugim końcu był fotel unoszący się może z 50 cm nad kafelkami. Nie mogłam się oprzeć widowi który stąd miałam. Mogłam podziwiać tutaj całą  okolice. Która po późnej godzinie, zaraz jak się ściemni i zapalą się latarnie wygląda tajemniczo i urokliwie.
Czując już małe mrowienie w palcach od zimna postanowiłam że wejdę z powrotem do domu. Zamknęłam delikatnie drzwi od balkonu uchylając je delikatnie by chłodne i świeże powietrze mogło dalej swobodnie wlatywać do pokoju.  Poczułam że robię się senna,no ale przecież muszę się jeszcze rozpakować. Skoro muszę to się za to zabiorę. Zaczęłam wnosić i rozwieszać ubrania z mojej walizki bo garderobie, tego co tam miałam nawet w połowie nie udało mi się zapełnić miejsca które tu jest.Pozostało mi tylko jeszcze porozwieszać ramki ze zdjęciami i wyjąć moje notesy.
Zdjęcie moje i mamy postawiłam zaraz przy łóżku na stoiku nocnym razem z pamiętnikiem, a resztę schować do szuflady w biurku. Zostało się umyć i położyć. Na szczęście nie należę do osób które spędzają dużo czasu w
łazience. Kwadrans w zupełności mi wystarczył by wziąć prysznic i umyć zęby. Przebrana w swoją ulubioną pidżamę w małpki schowałam się pod kołdrę i zamknęłam oczy by sunąć. Sen przyszedł szybko..  . >


Obudził mnie rano świergot ptaków i słońce przebijające się przez białe firanki które wręcz tańczyły przy moim balkonem od podmuchu wiatru. Początek dnia zapowiadał się być miły....



Mam pierwszy rozdział. Dziękuję 

@Nprzedzielewska za pomoc przy pisaniu pierwszego rozdziału <3

4 komentarze:

  1. Hmm.. niezła jesteś :)
    Czekam na next :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, niezła jesteś, żeby nie powiedzieć zajebista, ale nie będę cię tak chwalić.... xDD <3
    Czekam na następny rozdział, wydaje się być bardzo ciekawe. <3

    http://thingsdonotalwaysendhappilyx1d.blogspot.com/
    and
    wersonowo.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń